środa, 18 marca 2026

Rozdział IV: W którym Autorka kapituluje przed matematyką, a Mama wkracza do akcji na wysokich obcasach

 Autorka, ocierając wirtualny pot z czoła i popijając zimną wodę dla ostudzenia własnych myśli, doszła do bardzo ważnego i dojrzałego wniosku. Mianowicie: całkowanie jest nudne. A do tego potwornie trudne. Skoro sama Autorka nie miała zielonego pojęcia, co to jest delta i dlaczego w ogóle trzeba ją liczyć, uznała, że dalsze męczenie Głównego Bohatera cyferkami jest czystym sadyzmem.

Dlatego też, z niewypowiedzianą ulgą dla Tadeusza, dwuznaczności oraz korepetycje dobiegły końca.

Nataniel, z gracją drapieżnika (i z uśmiechem kogoś, kto właśnie wygrał na loterii duszę niewinnego nastolatka), zamknął podręcznik z głośnym plaśnięciem. Tadeusz drgnął, jakby ktoś uderzył w gong.

— Na dzisiaj wystarczy wpychania... wiedzy — oznajmił Nataniel, wstając i płynnym ruchem narzucając na swoje szerokie, absolutnie nieproporcjonalne do reszty świata ramiona marynarkę. — Byłeś bardzo pojętnym uczniem, Tadeo. Oczekuję, że do naszego następnego spotkania dokładnie przećwiczysz wszystko, co ci dzisiaj pokazałem. Każdą krzywą.

Tadeusz, który na tym etapie przypominał roztopioną na słońcu żelkę malinową, zdołał jedynie kiwnąć głową. Jego struny głosowe odmówiły współpracy, podobnie jak zdolność logicznego myślenia.

Nataniel zabrał swoją torbę, posłał chłopakowi ostatnie, ociekające grzechem spojrzenie spod stalowych oprawek okularów i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Wraz z jego zniknięciem stężenie testosteronu i absurdu w pokoju gwałtownie spadło, pozwalając naszemu Głównemu Bohaterowi nareszcie zaczerpnąć tchu. Tadeusz opadł czołem na biurko. Czuł się brudny. Czuł się wykorzystany przez królową nauk. Nigdy w życiu nie spojrzy już na cyrkiel w ten sam sposób.

Jego egzystencjalny kryzys nie trwał jednak długo. Drzwi do pokoju ponownie się otworzyły, a do środka wkroczyła z impetem Mama.

W tym miejscu Autorka musi na chwilę zatrzymać akcję, by wyjaśnić pewien bardzo istotny fakt fabularny. Otóż Tadeusz nie miał taty. Dlaczego? Bo tatusiowie w tego typu opowiadaniach zazwyczaj tylko przeszkadzają, zadają niewygodne pytania i ogólnie psują klimat. Ojciec Tadeusza zaginął więc w mrokach niewyjaśnionej przeszłości (Autorka po prostu zapomniała go wymyślić w pierwszym szkicu i tak już zostało).

Brak ojca miał jednak jeden ogromny plus fabularny: Mama Tadeusza była wolną, wyemancypowaną i absolutnie gorącą kobietą. W internetowym slangu określa się takie postacie skrótem, którego Autorka z wrodzonej przyzwoitości tu nie przytoczy, ale wszyscy wiemy, o co chodzi.

Mama stanęła w progu. Tadeusz uniósł głowę i zamrugał.

Jego rodzicielka nie miała na sobie dresu ani fartuszka w kwiatki. Miała na sobie czerwoną, dopasowaną sukienkę, która zdecydowanie łamała prawa fizyki, a na stopach niebezpiecznie wysokie szpilki. Jej usta były pociągnięte karminową szminką, a włosy ułożone w hollywoodzkie fale. Wyglądała jak milion dolarów i była w pełni gotowa wydać tę kwotę na mieście.

— Tadeuszu, słoneczko — zaczęła Mama, przypinając do ucha perłowy kolczyk. — Nataniel właśnie wyszedł. Taki uroczy, kulturalny młody człowiek! Zaparzyłam mu nawet trochę herbaty w termos na drogę. Mam nadzieję, że matematyka weszła ci gładko do głowy?

— Tak, mamo. Weszła — wybełkotał Tadeusz, krzywiąc się na wspomnienie tego, jak bardzo gładko weszła.

— To wspaniale! — Mama klasnęła w dłonie. — Posłuchaj, kochanie. Mama wychodzi. W lodówce masz obiad, wystarczy odgrzać.

Tadeusz zmarszczył brwi, starając się zresetować swój umysł na tryb syna.

— Wychodzisz? W niedzielne popołudnie? Przecież zawsze o tej porze oglądamy powtórki teleturniejów.

Mama zachichotała perliście i poprawiła dekolt, który i tak był już perfekcyjny.

— Teleturnieje muszą poczekać, Tadeo. Mama idzie na randkę.

Tadeusz otworzył usta.

— Na randkę? Z kim?!

— Z takim jednym bardzo miłym panem, którego poznałam na jodze. Ma własną firmę i niesamowicie elastyczne łydki — oznajmiła Mama z dumnym uśmiechem, po czym psiknęła się chmurą drogich, francuskich perfum. — Bądź grzeczny. Nie graj za długo na komputerze i przewietrz wreszcie ten pokój, bo duszno tu jak w saunie!

Z tymi słowami posłała zszokowanemu synowi buziaka w powietrzu, odwróciła się na niebotycznych obcasach i wymaszerowała z pokoju, stukając głośno na korytarzu. Chwilę później trzasnęły drzwi wyjściowe.

Tadeusz został sam. W wywietrzonym, ale wciąż parnym od wspomnień pokoju. Zeszyt od matematyki leżał otwarty na biurku, kusząc go niedokończoną parabolą, a w jego ustach wciąż unosił się posmak truskawkowego dżemu z palca Nataniela.

Autorka spojrzała na swoje dzieło z satysfakcją. Główny Bohater był zdezorientowany, jego Mama poszła na podryw, a Czyste Zło w Okularach miało powrócić w następnym tygodniu. Wszystko szło dokładnie zgodnie z planem.

wtorek, 17 marca 2026

Rozdział III: W którym Autorka ma chwilę szczerości, a ciasteczka w kształcie rombów stają się narzędziem zbrodni

Zanim przejdziemy do dalszych, wysoce edukacyjnych wydarzeń w pokoju Tadeusza, Autorka czuje się w obowiązku wygłosić krótkie, acz ważne ogłoszenie parafialne. Otóż, drodzy Czytelnicy, jeśli ktokolwiek z Was kliknął w ten tekst z nadzieją, że faktycznie przygotuje się do matury z matematyki — Autorka radzi natychmiast zamknąć okno przeglądarki i przeprosić się ze starymi podręcznikami.

Bądźmy ze sobą szczerzy: Autorka sama ledwo zdawała z tego przedmiotu, a jedyne ułamki, na jakich się zna, to ułamki sekund, w których Nataniel zdejmuje z siebie kolejne warstwy ubrań. Nie nauczycie się stąd absolutnie niczego pożytecznego. W tym opowiadaniu pitagoras służy wyłącznie do określania kąta, pod jakim Nataniel pochyla się nad naszym Głównym Bohaterem, a jedyne całki, jakie tu zobaczycie, to całkowite oddanie Tadeusza w ręce (i ramiona) jego nowego korepetytora.

Skoro mamy to już z głowy, powróćmy do miejsca zbrodni.

Mama Tadeusza zniknęła, pozostawiając po sobie zapach jaśminowej herbaty i talerz kruchych ciasteczek w kształcie rombów. Tadeusz wciąż leżał czołem na blacie biurka, modląc się, by ziemia się rozstąpiła i pochłonęła go razem z jego kolekcją mang, ukrytą pod łóżkiem.

Ziemia jednak była głucha na błagania Głównego Bohatera. Zamiast niej, odezwał się Nataniel.

— Tadeuszu. Otwórz buzię — mruknął korepetytor, a jego głos wibrował tak nisko, że szklanka z herbatą na tacy lekko zadrżała.

Tadeusz uniósł głowę z prędkością żółwia z artretyzmem. Jego wielkie, morskie oczy (które Autorka pieczołowicie mu wykreowała) napotkały spojrzenie Nataniela. Starszy mężczyzna siedział w rozkroku na krześle obrotowym, trzymając w dwóch długich, rzeźbionych palcach jedno z maminych ciasteczek.

— C-co? — wydukał Tadeusz.

— Matematyka to ogromny wysiłek dla mózgu. Twoje synapsy potrzebują glukozy, żebyśmy mogli przejść do trudniejszych i... twardszych zadań — wyjaśnił Nataniel z zabójczą powagą, choć kącik jego ust drgnął niebezpiecznie. Przysunął ciasteczko do wydatnych, różowych warg chłopaka. — No już. Aaam.

Tadeusz był zaprogramowany przez Autorkę na uległość w sytuacjach kryzysowych. Zahipnotyzowany stalowym spojrzeniem Nataniela, niczym uroczy, puszysty królik wpatrzony w kobrę okularnik, posłusznie rozchylił usta.

Nataniel wsunął ciastko między jego wargi. Zrobił to tak wolno, że w tle niemal dało się usłyszeć zmysłowy saksofon (Autorka włączyła go zresztą na Spotify dla lepszego wczucia się w scenę). Tadeusz zaczął żuć. Było kruche, maślane i miało na wierzchu odrobinę truskawkowego dżemu.

Problem polegał na tym, że kropelka owego dżemu nie trafiła do ust Tadeusza, lecz zatrzymała się na opuszku wskazującego palca Nataniela.

Tadeusz, przeżuwając, działał na czystym, zwierzęcym instynkcie głodu. Nawet nie rejestrując, co dokładnie robi, wysunął swój uroczy, malinowy język i, chcąc zliznąć dżem, całkowicie bezwiednie i z absolutną, porażającą niewinnością... oblizał palec swojego korepetytora. Od samego opuszka, aż po zgięcie.

Zassał go lekko, po czym wypuścił z cichym, mokrym plaśnięciem.

W pokoju zapadła cisza tak gęsta, że można by ją ciąć maczetą. Saksofon w tle zamilkł, zdławiony własnym oburzeniem.

Nataniel zamarł. Jego wzrok powędrował od swojego wilgotnego, błyszczącego w świetle lampki palca, prosto na różowe usta Tadeusza. Złote iskry w jego szarych oczach momentalnie pociemniały, zmieniając się w czarną, pożerającą otchłań (Autorka klasnęła w dłonie — ten trop zawsze działa!).

Tadeusz, widząc to spojrzenie, wreszcie przetworzył dane wejściowe. Zrozumiał, co przed chwilą zrobił jego język.

Jego twarz w ułamku sekundy przybrała kolor buraka, potem cegły, a na koniec osiągnęła odcień zarezerwowany dla wozów strażackich.

— Ja... ja... — Tadeo zaczął się jąkać, desperacko wciskając się w oparcie fotela, jakby chciał wniknąć w tapicerkę. — Dżem... Tam był dżem... na twoim...

— Palcu — dokończył Nataniel chrapliwie. Powoli, nie odrywając wzroku od przerażonego chłopaka, uniósł ten sam wilgotny palec do swoich własnych ust i zmysłowo zliznął z niego resztki śliny Tadeusza. — Bardzo starannie czyścisz... wszystkie kąty, Tadeuszu. Zaczynam wierzyć, że masz naturalny talent do trudnych zagadnień.

Tadeusz wydał z siebie dźwięk przypominający zepsuty czajnik. Jeśli zima za oknem wciąż istniała, to w tym pokoju właśnie nastąpiło globalne ocieplenie.

— A teraz... — Nataniel pochylił się jeszcze bliżej, tak że jego klatka piersiowa niemal przygniotła Tadeusza do biurka. — Skoro uzupełniliśmy poziom cukru... pokaż mi, jak sobie radzisz z tym równaniem. Tylko pamiętaj... używaj języka matematyki równie zręcznie.

Autorka w tym momencie musiała iść po wiatrak, bo groteskowy erotyzm tej sceny przekroczył jej najśmielsze oczekiwania.

poniedziałek, 16 marca 2026

Rozdział II: W którym ułamki stają się nieprzyzwoite, a krzywe nabierają zupełnie nowego znaczenia

Autorka – jak już ustaliliśmy w prologu – matematyki szczerze i głęboko nie znosiła. Uważała, że cyferki powinny służyć wyłącznie do liczenia stron do końca rozdziału, ewentualnie do określania wzrostu głównych bohaterów (co, przypomnijmy: Nataniel – 190 cm, Tadeusz – skromne 170 cm). Jednak dla Nataniela, Autorka była gotowa rozwiązać każde równanie z trzema niewiadomymi. Tadeusza również to czekało, choć on jeszcze o tym nie wiedział.

Nataniel, wciąż oparty o biurko, przyglądał się z góry naszemu sparaliżowanemu protagoniście. W pokoju zapadła gęsta, duszna cisza, przerywana jedynie nerwowym przełykaniem śliny przez Tadeusza.

– Zatem, Tadeuszu – zaczął Nataniel głosem tak niskim i wibrującym, że od samego jego brzmienia ołówki w piórniku naszego bohatera odruchowo się zatemperowały. – Z czym dokładnie masz problem?

– Z... z... – Tadeusz próbował zlokalizować resztki swojego mózgu, ale ten najwidoczniej wyjechał na przedwczesne, zimowe wakacje. – Z funkcjami. I... i z wyciąganiem. Przed nawias.

Autorka w tym miejscu parsknęła śmiechem za kulisami, bo nie mogła się powstrzymać, ale Nataniel nawet nie drgnął. Jego twarz pozostała maską absolutnego, chłodnego profesjonalizmu. Z cichym westchnieniem odsunął się od biurka i powolnym, drapieżnym ruchem zdjął swoją idealnie skrojoną marynarkę, przewieszając ją przez oparcie krzesła. Pod spodem miał tylko dopasowaną, białą koszulę, której materiał niebezpiecznie opinał się na jego klatce piersiowej przy każdym oddechu.

Tadeusz wpatrywał się w ten widok, a jego oczy robiły się coraz większe.

– Równania wielomianowe wymagają przestrzeni – wyjaśnił Nataniel, widząc wzrok chłopaka. Podwinął rękawy koszuli, odsłaniając silne, żylaste przedramiona. Autorka wcisnęła mu na nadgarstek elegancki, skórzany zegarek, bo wiedziała, że to kręci czytelniczki. – Przesuń się.

Tadeusz pisnął cicho i wcisnął się w sam róg swojego krzesła obrotowego. Nataniel przysunął sobie drugie krzesło (skąd się wzięło w pokoju Tadeusza? Autorka je tam postawiła akapit wcześniej, nie zadawajcie pytań) i usiadł tak blisko, że ich uda delikatnie się zetknęły.

Przez ciało Tadeusza przeszedł prąd o napięciu co najmniej dwustu dwudziestu woltów.

– Dobrze, zacznijmy od podstaw – mruknął korepetytor, pochylając się nad zeszytem.

Gdy to zrobił, jego ramię otarło się o ramię Tadeusza, a jego twarz znalazła się w odległości dokładnie 3,14 centymetra od ucha chłopaka (Autorka lubiła dokładność, więc zmierzyła to linijką). Zapach mięty i drogiej wody kolońskiej sprawił, że Tadeusz zapomniał, jak się nazywa.

– Zobacz, Tadeo. – Nataniel ujął w swoje duże, męskie dłonie ołówek Tadeusza (ten sam, który chłopak wcześniej ze stresu obgryzał). – Tutaj masz funkcję kwadratową. To jest parabola. Widzisz, jak pięknie się wygina?

Tadeusz wpatrywał się w zeszyt, ale widział tylko zamazane plamy.

– W-wygina się... tak...

– Dokładnie. Ale żeby zrozumieć, dokąd zmierza, musimy znaleźć jej wierzchołek. Musimy wiedzieć, gdzie jest jej punkt kulminacyjny. Rozumiesz mnie?

– P-punkt kulminacyjny... – wydukał Tadeo, czując, jak po karku spływa mu kropla potu. Gorąco mu było. Zdecydowanie za gorąco. Zima za oknem musiała właśnie ogłosić kapitulację.

Nataniel obrócił głowę. Spojrzał na niego zza cienkich oprawek swoich okularów, a w jego stalowych oczach pojawił się niebezpieczny błysk.

– Jesteś bardzo spięty, Tadeuszu. Z matematyką nie można tak postępować. Musisz się rozluźnić. Jeśli będziesz taki sztywny, nic we mnie... to znaczy, nic w ciebie nie wejdzie. Żadna wiedza.

Tadeusz zrobił się czerwony jak dorodny, szklarniowy pomidor.

– J-ja się staram! Ale to jest takie trudne! I takie... twarde... do zrozumienia!

– Bo źle za to chwytasz – Nataniel westchnął.

Bez żadnego ostrzeżenia, jego duża dłoń opadła na drobną dłoń Tadeusza, w której chłopak kurczowo ściskał długopis. Korepetytor objął jego palce swoimi, gorącymi i stanowczymi. Autorka w tym momencie pisnęła z zachwytu.

– Musisz to trzymać pewniej – szepnął Nataniel wprost do ucha Tadeusza, prowadząc jego dłoń po papierze. – Nie tak nerwowo. Delikatniej na początku, a potem dociskasz mocniej, gdy już wiesz, dokąd zmierzasz z tym równaniem. O, właśnie tak... Prowadź tę krzywą aż do samego końca. Aż osiągniemy wynik.

Tadeusz ledwo dyszał. Jego serce biło w tempie karabinu maszynowego, a długopis na kartce stawiał koślawe kreski, bo chłopak trząsł się jak galareta. Nataniel był tak blisko, że jego oddech owiewał zaróżowiony kark licealisty. To było absurdalne. To było komiczne. To było tak gorące, że kartki w podręczniku od matematyki same zaczęły się zwijać na rogach.

– Dobrze – powiedział Nataniel, zniżając głos do chrapliwego mruczenia. – Teraz wyciągnij to przed nawias. Powoli. Nie spiesz się. Z matematyką nigdy nie należy się spieszyć...

Wtedy, w najmniej odpowiednim (czyli z punktu widzenia komedii – w najbardziej idealnym) momencie, drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.

– Tadeuszu, słoneczko, przyniosłam wam... Ojej!

W progu stanęła Mama Tadeusza, dzierżąc w dłoniach tacę z parującą herbatką i kruchymi ciasteczkami w kształcie rombów. Obrazek, który zastała, był... cóż. Nataniel wpół leżał na biurku, niemal w całości zasłaniając swoim potężnym ciałem drobnego Tadeusza. Jego dłoń wciąż spoczywała na dłoni chłopaka, a ich twarze znajdowały się w odległości wysoce nieprzepisowej dla standardowej edukacji.

Tadeusz podskoczył tak gwałtownie, że uderzył kolanem w blat biurka, jęcząc z bólu, a długopis wystrzelił z jego ręki jak z katapulty i trafił prosto w szafę.

– Mamo! My... my tylko wyciągaliśmy przed nawias! – pisnął Tadeo, brzmiąc, jakby właśnie został przyłapany na zbrodni stanu.

Nataniel wyprostował się powoli, z absolutną, nienaganną gracją. Poprawił okulary zsuwające mu się na nos i posłał Mamie Tadeusza uśmiech, który mógłby topić lodowce.

– Dzień dobry pani – powiedział aksamitnie. – Tadeusz jest bardzo... chłonnym uczniem. Szybko przyswaja nową wiedzę. Właśnie omawialiśmy najtrudniejsze pozycje... to znaczy, partie materiału.

Mama, zamiast wezwać policję obyczajową, zamrugała, po czym na jej twarzy wykwitł wielki, promienny uśmiech (Autorka wyposażyła Mamę w absolutną ślepotę na podteksty, by ułatwić rozwój fabuły).

– Ach, to wspaniale! Wiedziałam, Natanielu, że jesteś odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu! – zaszczebiotała, stawiając tacę na skraju biurka. – Tadeuszu, dlaczego ty tak sapiesz i jesteś taki czerwony? Może jednak otworzyć to okno i wpuścić trochę zimy?

– NIE! – krzyknął Tadeusz desperacko, bo wiedział, że jeśli do pokoju wpadnie teraz mróz, a on wciąż będzie w tym sweterku i bliskości korepetytora, jego układ nerwowy po prostu eksploduje. – Znaczy... nie trzeba, mamo. Matematyka po prostu... rozgrzewa mój umysł.

– No dobrze, chłopcy. Zostawiam was. Uczcie się pilnie! – Mama posłała im buziaka w powietrzu i zamknęła za sobą drzwi.

W pokoju znów zapadła cisza. Tadeusz wpatrywał się w ciasteczka w kształcie rombów, czując, jak jego dusza opuszcza ciało i udaje się na emigrację do ciepłych krajów.

Nataniel powoli wrócił na swoje krzesło. Ujął jedno z ciasteczek w długie palce, odgryzł kawałek i znów spojrzał na Tadeusza tym swoim stalowym, pożerającym wzrokiem.

– Cóż, Tadeo – mruknął, przeżuwając herbatnika. – Skoro wyciąganie przed nawias mamy już za sobą... przejdźmy do całkowania. Będzie o wiele głębiej i trudniej. Jesteś gotowy?

Tadeusz zamknął oczy i oparł czoło o blat biurka. Autorka była z siebie niezwykle dumna.

niedziela, 15 marca 2026

Rozdział I: W którym Tadeusz dowiaduje się, że matematyka może być bolesna (dla oczu i nie tylko)

Wracając jednak do naszego Tadeusza, który — przypomnijmy — opuścił swój azyl i udał się do kuchni w ufundowanym przez autorkę ciepłym sweterku. Tadeusz, siedząc przy stole, przeżuwał właśnie płatki z mlekiem. Robił to z wdziękiem godnym uciśnionego przez los męczennika, wpatrując się w sterylnie czystą podłogę.

Mama Tadeusza, zwana dalej po prostu Mamą, krzątała się po kuchni z energią, której nasz Główny Bohater szczerze i głęboko nienawidził, szczególnie w niedzielę.

— Tadeuszu — zaczęła Mama, a w jej głosie zabrzmiała ta specyficzna nuta, która w świecie każdego nastolatka zwiastuje nadciągający kataklizm. — Mam nadzieję, że posprzątałeś w pokoju. Za godzinę przychodzi twój nowy korepetytor z matematyki.

Płatki stanęły Tadeuszowi w gardle. Zakrztusił się uroczo, a na jego nieskazitelną, wymodelowaną przez autorkę twarz wypłynął rumieniec paniki.

Korepetytor? Dzisiaj? W tę nieszczęsną, zbezczeszczoną zimowym powietrzem niedzielę? Autorka pragnie w tym miejscu zaznaczyć, że nienawidziła matematyki w szkole średniej, więc i Tadeusz musiał być z niej kompletną, absolutną nogą. Ułamki, całki i funkcje wywoływały w nim mroczne dreszcze.

— Ale mamo! — zapiszczał Tadeusz, wycierając mleko z wydatnych warg. — Mówiłaś, że zaczynamy od przyszłego tygodnia! Nie jestem przygotowany psychicznie na wektory!

— Trzeba było uważać na lekcjach, a nie rysować w zeszycie te swoje japońskie komiksy — skwitowała Mama bez cienia litości, zamykając temat.

Tadeusz opuścił głowę z rezygnacją. Nienawidził matematyki. Nienawidził korepetytorów. W jego wyobraźni nowy nauczyciel był starym, łysiejącym prykiem z wąsem, od którego pachniało kulkami na mole i kredą. Autorka mogłaby się zlitować i oszczędzić Tadeuszowi tego cierpienia, ale przypominam — weszliście na bloga yaoi. Autorka nie sprowadza tu starych pryków z wąsem. Autorka sprowadza tu Czyste Zło w idealnym opakowaniu.

Równo godzinę później, gdy Tadeusz siedział w swoim pokoju przy biurku, tępo wpatrując się w otwarty podręcznik, rozległ się dzwonek do drzwi.

Serce naszego Głównego Bohatera zabiło mocniej (z czystego stresu przed matematyką, oczywiście). Usłyszał, jak Mama otwiera drzwi, a potem do jego uszu dotarł głos.

Głos nie przypominał łysiejącego pryka. Głos był niski, głęboki i miał w sobie wibrującą nutę, od której podłoga w przedpokoju z pewnością zadrżała. Tadeusz zamarł, wstrzymując oddech. Kroki na schodach. Zbliżały się.

Drzwi do pokoju otworzyły się, a do środka wkroczył on. Korepetytor.

Autorka spędziła trzy długie wieczory, analizując pinteresta, by ulepić tego faceta. Otrzymał imię Nataniel. I autorka postarała się, żeby Nataniel był definicją słowa "Grzech". Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu, co przy mikrych metrze siedemdziesięciu Tadeusza sprawiało, że nasz Główny Bohater musiał zadrzeć głowę tak mocno, że prawie chrupnęło mu w karku.

Nataniel miał szerokie, idealnie zarysowane ramiona, opięte czarną koszulą. Jego włosy były ciemne, w kontrolowanym nieładzie, a szczęka tak ostra, że można by o nią kroić pomidory (Główny Bohater pomyślał o jabłkach, ale autorka woli pomidory). Wisienką na torcie były jednak okulary w cienkich oprawkach, za którymi kryły się stalowoszare oczy. Oczy, które właśnie wbiły się w Tadeusza z taką intensywnością, że nasz licealista dosłownie zapomniał, jak się oddycha.

— Cześć — powiedział Nataniel, zamykając za sobą drzwi pokoju. Jego wzrok leniwie, acz oceniająco prześlizgnął się po drobnej sylwetce Tadeusza, zatrzymując się na ułamek sekundy na jego zaróżowionych policzkach. — Ty musisz być Tadeusz. Słyszałem, że mamy mały problem z funkcjami kwadratowymi.

Tadeusz chciał coś powiedzieć. Chciał być elokwentny, dorosły i pokazać, że wcale nie jest przerażonym chłopcem. Zamiast tego z jego wydatnych, różowych ust wydobyło się ciche, absolutnie żałosne:

— Ekhm.

Autorka w tym momencie zatarła ręce z satysfakcją. Biedny, mały Tadeo nie miał pojęcia, że matematyka będzie najmniejszym z jego problemów w nadchodzących miesiącach.

Nataniel podszedł do biurka, rzucając na nie swoją torbę. Oparł się o blat, nachylając się niebezpiecznie blisko Tadeusza. Zapach drogich męskich perfum i mięty uderzył w zmysły naszego bohatera.

— Spokojnie, Tadeuszu — mruknął Nataniel, uśmiechając się półgębkiem. Ten uśmiech był absolutnie nielegalny w kilkunastu krajach. — Gwarantuję ci, że ze mną nauczysz się wszystkiego. Czego tylko będę chciał.

Tadeusz przełknął ślinę. Zima za oknem nagle przestała mu przeszkadzać, bo w pokoju zrobiło się zdecydowanie, stanowczo za gorąco.