Autorka – jak już ustaliliśmy w prologu – matematyki szczerze i głęboko nie znosiła. Uważała, że cyferki powinny służyć wyłącznie do liczenia stron do końca rozdziału, ewentualnie do określania wzrostu głównych bohaterów (co, przypomnijmy: Nataniel – 190 cm, Tadeusz – skromne 170 cm). Jednak dla Nataniela, Autorka była gotowa rozwiązać każde równanie z trzema niewiadomymi. Tadeusza również to czekało, choć on jeszcze o tym nie wiedział.
Nataniel, wciąż oparty o biurko, przyglądał się z góry naszemu
sparaliżowanemu protagoniście. W pokoju zapadła gęsta, duszna cisza, przerywana
jedynie nerwowym przełykaniem śliny przez Tadeusza.
– Zatem, Tadeuszu – zaczął Nataniel głosem tak niskim i wibrującym, że od
samego jego brzmienia ołówki w piórniku naszego bohatera odruchowo się
zatemperowały. – Z czym dokładnie masz problem?
– Z... z... – Tadeusz próbował zlokalizować resztki swojego mózgu, ale ten
najwidoczniej wyjechał na przedwczesne, zimowe wakacje. – Z funkcjami. I... i z
wyciąganiem. Przed nawias.
Autorka w tym miejscu parsknęła śmiechem za kulisami, bo nie mogła się
powstrzymać, ale Nataniel nawet nie drgnął. Jego twarz pozostała maską
absolutnego, chłodnego profesjonalizmu. Z cichym westchnieniem odsunął się od
biurka i powolnym, drapieżnym ruchem zdjął swoją idealnie skrojoną marynarkę,
przewieszając ją przez oparcie krzesła. Pod spodem miał tylko dopasowaną, białą
koszulę, której materiał niebezpiecznie opinał się na jego klatce piersiowej
przy każdym oddechu.
Tadeusz wpatrywał się w ten widok, a jego oczy robiły się coraz większe.
– Równania wielomianowe wymagają przestrzeni – wyjaśnił Nataniel, widząc
wzrok chłopaka. Podwinął rękawy koszuli, odsłaniając silne, żylaste
przedramiona. Autorka wcisnęła mu na nadgarstek elegancki, skórzany zegarek, bo
wiedziała, że to kręci czytelniczki. – Przesuń się.
Tadeusz pisnął cicho i wcisnął się w sam róg swojego krzesła obrotowego.
Nataniel przysunął sobie drugie krzesło (skąd się wzięło w pokoju Tadeusza?
Autorka je tam postawiła akapit wcześniej, nie zadawajcie pytań) i usiadł tak
blisko, że ich uda delikatnie się zetknęły.
Przez ciało Tadeusza przeszedł prąd o napięciu co najmniej dwustu
dwudziestu woltów.
– Dobrze, zacznijmy od podstaw – mruknął korepetytor, pochylając się nad
zeszytem.
Gdy to zrobił, jego ramię otarło się o ramię Tadeusza, a jego twarz
znalazła się w odległości dokładnie 3,14 centymetra od ucha chłopaka (Autorka
lubiła dokładność, więc zmierzyła to linijką). Zapach mięty i drogiej wody
kolońskiej sprawił, że Tadeusz zapomniał, jak się nazywa.
– Zobacz, Tadeo. – Nataniel ujął w swoje duże, męskie dłonie ołówek
Tadeusza (ten sam, który chłopak wcześniej ze stresu obgryzał). – Tutaj masz
funkcję kwadratową. To jest parabola. Widzisz, jak pięknie się wygina?
Tadeusz wpatrywał się w zeszyt, ale widział tylko zamazane plamy.
– W-wygina się... tak...
– Dokładnie. Ale żeby zrozumieć, dokąd zmierza, musimy znaleźć jej
wierzchołek. Musimy wiedzieć, gdzie jest jej punkt kulminacyjny. Rozumiesz
mnie?
– P-punkt kulminacyjny... – wydukał Tadeo, czując, jak po karku spływa mu
kropla potu. Gorąco mu było. Zdecydowanie za gorąco. Zima za oknem musiała
właśnie ogłosić kapitulację.
Nataniel obrócił głowę. Spojrzał na niego zza cienkich oprawek swoich
okularów, a w jego stalowych oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
– Jesteś bardzo spięty, Tadeuszu. Z matematyką nie można tak postępować.
Musisz się rozluźnić. Jeśli będziesz taki sztywny, nic we mnie... to znaczy,
nic w ciebie nie wejdzie. Żadna wiedza.
Tadeusz zrobił się czerwony jak dorodny, szklarniowy pomidor.
– J-ja się staram! Ale to jest takie trudne! I takie... twarde... do
zrozumienia!
– Bo źle za to chwytasz – Nataniel westchnął.
Bez żadnego ostrzeżenia, jego duża dłoń opadła na drobną dłoń Tadeusza, w
której chłopak kurczowo ściskał długopis. Korepetytor objął jego palce swoimi,
gorącymi i stanowczymi. Autorka w tym momencie pisnęła z zachwytu.
– Musisz to trzymać pewniej – szepnął Nataniel wprost do ucha Tadeusza,
prowadząc jego dłoń po papierze. – Nie tak nerwowo. Delikatniej na początku, a
potem dociskasz mocniej, gdy już wiesz, dokąd zmierzasz z tym równaniem. O,
właśnie tak... Prowadź tę krzywą aż do samego końca. Aż osiągniemy wynik.
Tadeusz ledwo dyszał. Jego serce biło w tempie karabinu maszynowego, a
długopis na kartce stawiał koślawe kreski, bo chłopak trząsł się jak galareta.
Nataniel był tak blisko, że jego oddech owiewał zaróżowiony kark licealisty. To
było absurdalne. To było komiczne. To było tak gorące, że kartki w podręczniku
od matematyki same zaczęły się zwijać na rogach.
– Dobrze – powiedział Nataniel, zniżając głos do chrapliwego mruczenia. –
Teraz wyciągnij to przed nawias. Powoli. Nie spiesz się. Z matematyką nigdy nie
należy się spieszyć...
Wtedy, w najmniej odpowiednim (czyli z punktu widzenia komedii – w
najbardziej idealnym) momencie, drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym
skrzypnięciem.
– Tadeuszu, słoneczko, przyniosłam wam... Ojej!
W progu stanęła Mama Tadeusza, dzierżąc w dłoniach tacę z parującą herbatką
i kruchymi ciasteczkami w kształcie rombów. Obrazek, który zastała, był... cóż.
Nataniel wpół leżał na biurku, niemal w całości zasłaniając swoim potężnym ciałem
drobnego Tadeusza. Jego dłoń wciąż spoczywała na dłoni chłopaka, a ich twarze
znajdowały się w odległości wysoce nieprzepisowej dla standardowej edukacji.
Tadeusz podskoczył tak gwałtownie, że uderzył kolanem w blat biurka, jęcząc
z bólu, a długopis wystrzelił z jego ręki jak z katapulty i trafił prosto w
szafę.
– Mamo! My... my tylko wyciągaliśmy przed nawias! – pisnął Tadeo, brzmiąc,
jakby właśnie został przyłapany na zbrodni stanu.
Nataniel wyprostował się powoli, z absolutną, nienaganną gracją. Poprawił
okulary zsuwające mu się na nos i posłał Mamie Tadeusza uśmiech, który mógłby
topić lodowce.
– Dzień dobry pani – powiedział aksamitnie. – Tadeusz jest bardzo...
chłonnym uczniem. Szybko przyswaja nową wiedzę. Właśnie omawialiśmy
najtrudniejsze pozycje... to znaczy, partie materiału.
Mama, zamiast wezwać policję obyczajową, zamrugała, po czym na jej twarzy
wykwitł wielki, promienny uśmiech (Autorka wyposażyła Mamę w absolutną ślepotę
na podteksty, by ułatwić rozwój fabuły).
– Ach, to wspaniale! Wiedziałam, Natanielu, że jesteś odpowiednim
człowiekiem na odpowiednim miejscu! – zaszczebiotała, stawiając tacę na skraju
biurka. – Tadeuszu, dlaczego ty tak sapiesz i jesteś taki czerwony? Może jednak
otworzyć to okno i wpuścić trochę zimy?
– NIE! – krzyknął Tadeusz desperacko, bo wiedział, że jeśli do pokoju
wpadnie teraz mróz, a on wciąż będzie w tym sweterku i bliskości korepetytora,
jego układ nerwowy po prostu eksploduje. – Znaczy... nie trzeba, mamo.
Matematyka po prostu... rozgrzewa mój umysł.
– No dobrze, chłopcy. Zostawiam was. Uczcie się pilnie! – Mama posłała im
buziaka w powietrzu i zamknęła za sobą drzwi.
W pokoju znów zapadła cisza. Tadeusz wpatrywał się w ciasteczka w kształcie
rombów, czując, jak jego dusza opuszcza ciało i udaje się na emigrację do
ciepłych krajów.
Nataniel powoli wrócił na swoje krzesło. Ujął jedno z ciasteczek w długie
palce, odgryzł kawałek i znów spojrzał na Tadeusza tym swoim stalowym,
pożerającym wzrokiem.
– Cóż, Tadeo – mruknął, przeżuwając herbatnika. – Skoro wyciąganie przed
nawias mamy już za sobą... przejdźmy do całkowania. Będzie o wiele głębiej i
trudniej. Jesteś gotowy?
Tadeusz zamknął oczy i oparł czoło o blat biurka. Autorka była z siebie
niezwykle dumna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz