poniedziałek, 16 marca 2026

Rozdział II: W którym ułamki stają się nieprzyzwoite, a krzywe nabierają zupełnie nowego znaczenia

Autorka – jak już ustaliliśmy w prologu – matematyki szczerze i głęboko nie znosiła. Uważała, że cyferki powinny służyć wyłącznie do liczenia stron do końca rozdziału, ewentualnie do określania wzrostu głównych bohaterów (co, przypomnijmy: Nataniel – 190 cm, Tadeusz – skromne 170 cm). Jednak dla Nataniela, Autorka była gotowa rozwiązać każde równanie z trzema niewiadomymi. Tadeusza również to czekało, choć on jeszcze o tym nie wiedział.

Nataniel, wciąż oparty o biurko, przyglądał się z góry naszemu sparaliżowanemu protagoniście. W pokoju zapadła gęsta, duszna cisza, przerywana jedynie nerwowym przełykaniem śliny przez Tadeusza.

– Zatem, Tadeuszu – zaczął Nataniel głosem tak niskim i wibrującym, że od samego jego brzmienia ołówki w piórniku naszego bohatera odruchowo się zatemperowały. – Z czym dokładnie masz problem?

– Z... z... – Tadeusz próbował zlokalizować resztki swojego mózgu, ale ten najwidoczniej wyjechał na przedwczesne, zimowe wakacje. – Z funkcjami. I... i z wyciąganiem. Przed nawias.

Autorka w tym miejscu parsknęła śmiechem za kulisami, bo nie mogła się powstrzymać, ale Nataniel nawet nie drgnął. Jego twarz pozostała maską absolutnego, chłodnego profesjonalizmu. Z cichym westchnieniem odsunął się od biurka i powolnym, drapieżnym ruchem zdjął swoją idealnie skrojoną marynarkę, przewieszając ją przez oparcie krzesła. Pod spodem miał tylko dopasowaną, białą koszulę, której materiał niebezpiecznie opinał się na jego klatce piersiowej przy każdym oddechu.

Tadeusz wpatrywał się w ten widok, a jego oczy robiły się coraz większe.

– Równania wielomianowe wymagają przestrzeni – wyjaśnił Nataniel, widząc wzrok chłopaka. Podwinął rękawy koszuli, odsłaniając silne, żylaste przedramiona. Autorka wcisnęła mu na nadgarstek elegancki, skórzany zegarek, bo wiedziała, że to kręci czytelniczki. – Przesuń się.

Tadeusz pisnął cicho i wcisnął się w sam róg swojego krzesła obrotowego. Nataniel przysunął sobie drugie krzesło (skąd się wzięło w pokoju Tadeusza? Autorka je tam postawiła akapit wcześniej, nie zadawajcie pytań) i usiadł tak blisko, że ich uda delikatnie się zetknęły.

Przez ciało Tadeusza przeszedł prąd o napięciu co najmniej dwustu dwudziestu woltów.

– Dobrze, zacznijmy od podstaw – mruknął korepetytor, pochylając się nad zeszytem.

Gdy to zrobił, jego ramię otarło się o ramię Tadeusza, a jego twarz znalazła się w odległości dokładnie 3,14 centymetra od ucha chłopaka (Autorka lubiła dokładność, więc zmierzyła to linijką). Zapach mięty i drogiej wody kolońskiej sprawił, że Tadeusz zapomniał, jak się nazywa.

– Zobacz, Tadeo. – Nataniel ujął w swoje duże, męskie dłonie ołówek Tadeusza (ten sam, który chłopak wcześniej ze stresu obgryzał). – Tutaj masz funkcję kwadratową. To jest parabola. Widzisz, jak pięknie się wygina?

Tadeusz wpatrywał się w zeszyt, ale widział tylko zamazane plamy.

– W-wygina się... tak...

– Dokładnie. Ale żeby zrozumieć, dokąd zmierza, musimy znaleźć jej wierzchołek. Musimy wiedzieć, gdzie jest jej punkt kulminacyjny. Rozumiesz mnie?

– P-punkt kulminacyjny... – wydukał Tadeo, czując, jak po karku spływa mu kropla potu. Gorąco mu było. Zdecydowanie za gorąco. Zima za oknem musiała właśnie ogłosić kapitulację.

Nataniel obrócił głowę. Spojrzał na niego zza cienkich oprawek swoich okularów, a w jego stalowych oczach pojawił się niebezpieczny błysk.

– Jesteś bardzo spięty, Tadeuszu. Z matematyką nie można tak postępować. Musisz się rozluźnić. Jeśli będziesz taki sztywny, nic we mnie... to znaczy, nic w ciebie nie wejdzie. Żadna wiedza.

Tadeusz zrobił się czerwony jak dorodny, szklarniowy pomidor.

– J-ja się staram! Ale to jest takie trudne! I takie... twarde... do zrozumienia!

– Bo źle za to chwytasz – Nataniel westchnął.

Bez żadnego ostrzeżenia, jego duża dłoń opadła na drobną dłoń Tadeusza, w której chłopak kurczowo ściskał długopis. Korepetytor objął jego palce swoimi, gorącymi i stanowczymi. Autorka w tym momencie pisnęła z zachwytu.

– Musisz to trzymać pewniej – szepnął Nataniel wprost do ucha Tadeusza, prowadząc jego dłoń po papierze. – Nie tak nerwowo. Delikatniej na początku, a potem dociskasz mocniej, gdy już wiesz, dokąd zmierzasz z tym równaniem. O, właśnie tak... Prowadź tę krzywą aż do samego końca. Aż osiągniemy wynik.

Tadeusz ledwo dyszał. Jego serce biło w tempie karabinu maszynowego, a długopis na kartce stawiał koślawe kreski, bo chłopak trząsł się jak galareta. Nataniel był tak blisko, że jego oddech owiewał zaróżowiony kark licealisty. To było absurdalne. To było komiczne. To było tak gorące, że kartki w podręczniku od matematyki same zaczęły się zwijać na rogach.

– Dobrze – powiedział Nataniel, zniżając głos do chrapliwego mruczenia. – Teraz wyciągnij to przed nawias. Powoli. Nie spiesz się. Z matematyką nigdy nie należy się spieszyć...

Wtedy, w najmniej odpowiednim (czyli z punktu widzenia komedii – w najbardziej idealnym) momencie, drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.

– Tadeuszu, słoneczko, przyniosłam wam... Ojej!

W progu stanęła Mama Tadeusza, dzierżąc w dłoniach tacę z parującą herbatką i kruchymi ciasteczkami w kształcie rombów. Obrazek, który zastała, był... cóż. Nataniel wpół leżał na biurku, niemal w całości zasłaniając swoim potężnym ciałem drobnego Tadeusza. Jego dłoń wciąż spoczywała na dłoni chłopaka, a ich twarze znajdowały się w odległości wysoce nieprzepisowej dla standardowej edukacji.

Tadeusz podskoczył tak gwałtownie, że uderzył kolanem w blat biurka, jęcząc z bólu, a długopis wystrzelił z jego ręki jak z katapulty i trafił prosto w szafę.

– Mamo! My... my tylko wyciągaliśmy przed nawias! – pisnął Tadeo, brzmiąc, jakby właśnie został przyłapany na zbrodni stanu.

Nataniel wyprostował się powoli, z absolutną, nienaganną gracją. Poprawił okulary zsuwające mu się na nos i posłał Mamie Tadeusza uśmiech, który mógłby topić lodowce.

– Dzień dobry pani – powiedział aksamitnie. – Tadeusz jest bardzo... chłonnym uczniem. Szybko przyswaja nową wiedzę. Właśnie omawialiśmy najtrudniejsze pozycje... to znaczy, partie materiału.

Mama, zamiast wezwać policję obyczajową, zamrugała, po czym na jej twarzy wykwitł wielki, promienny uśmiech (Autorka wyposażyła Mamę w absolutną ślepotę na podteksty, by ułatwić rozwój fabuły).

– Ach, to wspaniale! Wiedziałam, Natanielu, że jesteś odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu! – zaszczebiotała, stawiając tacę na skraju biurka. – Tadeuszu, dlaczego ty tak sapiesz i jesteś taki czerwony? Może jednak otworzyć to okno i wpuścić trochę zimy?

– NIE! – krzyknął Tadeusz desperacko, bo wiedział, że jeśli do pokoju wpadnie teraz mróz, a on wciąż będzie w tym sweterku i bliskości korepetytora, jego układ nerwowy po prostu eksploduje. – Znaczy... nie trzeba, mamo. Matematyka po prostu... rozgrzewa mój umysł.

– No dobrze, chłopcy. Zostawiam was. Uczcie się pilnie! – Mama posłała im buziaka w powietrzu i zamknęła za sobą drzwi.

W pokoju znów zapadła cisza. Tadeusz wpatrywał się w ciasteczka w kształcie rombów, czując, jak jego dusza opuszcza ciało i udaje się na emigrację do ciepłych krajów.

Nataniel powoli wrócił na swoje krzesło. Ujął jedno z ciasteczek w długie palce, odgryzł kawałek i znów spojrzał na Tadeusza tym swoim stalowym, pożerającym wzrokiem.

– Cóż, Tadeo – mruknął, przeżuwając herbatnika. – Skoro wyciąganie przed nawias mamy już za sobą... przejdźmy do całkowania. Będzie o wiele głębiej i trudniej. Jesteś gotowy?

Tadeusz zamknął oczy i oparł czoło o blat biurka. Autorka była z siebie niezwykle dumna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz