wtorek, 17 marca 2026

Rozdział III: W którym Autorka ma chwilę szczerości, a ciasteczka w kształcie rombów stają się narzędziem zbrodni

Zanim przejdziemy do dalszych, wysoce edukacyjnych wydarzeń w pokoju Tadeusza, Autorka czuje się w obowiązku wygłosić krótkie, acz ważne ogłoszenie parafialne. Otóż, drodzy Czytelnicy, jeśli ktokolwiek z Was kliknął w ten tekst z nadzieją, że faktycznie przygotuje się do matury z matematyki — Autorka radzi natychmiast zamknąć okno przeglądarki i przeprosić się ze starymi podręcznikami.

Bądźmy ze sobą szczerzy: Autorka sama ledwo zdawała z tego przedmiotu, a jedyne ułamki, na jakich się zna, to ułamki sekund, w których Nataniel zdejmuje z siebie kolejne warstwy ubrań. Nie nauczycie się stąd absolutnie niczego pożytecznego. W tym opowiadaniu pitagoras służy wyłącznie do określania kąta, pod jakim Nataniel pochyla się nad naszym Głównym Bohaterem, a jedyne całki, jakie tu zobaczycie, to całkowite oddanie Tadeusza w ręce (i ramiona) jego nowego korepetytora.

Skoro mamy to już z głowy, powróćmy do miejsca zbrodni.

Mama Tadeusza zniknęła, pozostawiając po sobie zapach jaśminowej herbaty i talerz kruchych ciasteczek w kształcie rombów. Tadeusz wciąż leżał czołem na blacie biurka, modląc się, by ziemia się rozstąpiła i pochłonęła go razem z jego kolekcją mang, ukrytą pod łóżkiem.

Ziemia jednak była głucha na błagania Głównego Bohatera. Zamiast niej, odezwał się Nataniel.

— Tadeuszu. Otwórz buzię — mruknął korepetytor, a jego głos wibrował tak nisko, że szklanka z herbatą na tacy lekko zadrżała.

Tadeusz uniósł głowę z prędkością żółwia z artretyzmem. Jego wielkie, morskie oczy (które Autorka pieczołowicie mu wykreowała) napotkały spojrzenie Nataniela. Starszy mężczyzna siedział w rozkroku na krześle obrotowym, trzymając w dwóch długich, rzeźbionych palcach jedno z maminych ciasteczek.

— C-co? — wydukał Tadeusz.

— Matematyka to ogromny wysiłek dla mózgu. Twoje synapsy potrzebują glukozy, żebyśmy mogli przejść do trudniejszych i... twardszych zadań — wyjaśnił Nataniel z zabójczą powagą, choć kącik jego ust drgnął niebezpiecznie. Przysunął ciasteczko do wydatnych, różowych warg chłopaka. — No już. Aaam.

Tadeusz był zaprogramowany przez Autorkę na uległość w sytuacjach kryzysowych. Zahipnotyzowany stalowym spojrzeniem Nataniela, niczym uroczy, puszysty królik wpatrzony w kobrę okularnik, posłusznie rozchylił usta.

Nataniel wsunął ciastko między jego wargi. Zrobił to tak wolno, że w tle niemal dało się usłyszeć zmysłowy saksofon (Autorka włączyła go zresztą na Spotify dla lepszego wczucia się w scenę). Tadeusz zaczął żuć. Było kruche, maślane i miało na wierzchu odrobinę truskawkowego dżemu.

Problem polegał na tym, że kropelka owego dżemu nie trafiła do ust Tadeusza, lecz zatrzymała się na opuszku wskazującego palca Nataniela.

Tadeusz, przeżuwając, działał na czystym, zwierzęcym instynkcie głodu. Nawet nie rejestrując, co dokładnie robi, wysunął swój uroczy, malinowy język i, chcąc zliznąć dżem, całkowicie bezwiednie i z absolutną, porażającą niewinnością... oblizał palec swojego korepetytora. Od samego opuszka, aż po zgięcie.

Zassał go lekko, po czym wypuścił z cichym, mokrym plaśnięciem.

W pokoju zapadła cisza tak gęsta, że można by ją ciąć maczetą. Saksofon w tle zamilkł, zdławiony własnym oburzeniem.

Nataniel zamarł. Jego wzrok powędrował od swojego wilgotnego, błyszczącego w świetle lampki palca, prosto na różowe usta Tadeusza. Złote iskry w jego szarych oczach momentalnie pociemniały, zmieniając się w czarną, pożerającą otchłań (Autorka klasnęła w dłonie — ten trop zawsze działa!).

Tadeusz, widząc to spojrzenie, wreszcie przetworzył dane wejściowe. Zrozumiał, co przed chwilą zrobił jego język.

Jego twarz w ułamku sekundy przybrała kolor buraka, potem cegły, a na koniec osiągnęła odcień zarezerwowany dla wozów strażackich.

— Ja... ja... — Tadeo zaczął się jąkać, desperacko wciskając się w oparcie fotela, jakby chciał wniknąć w tapicerkę. — Dżem... Tam był dżem... na twoim...

— Palcu — dokończył Nataniel chrapliwie. Powoli, nie odrywając wzroku od przerażonego chłopaka, uniósł ten sam wilgotny palec do swoich własnych ust i zmysłowo zliznął z niego resztki śliny Tadeusza. — Bardzo starannie czyścisz... wszystkie kąty, Tadeuszu. Zaczynam wierzyć, że masz naturalny talent do trudnych zagadnień.

Tadeusz wydał z siebie dźwięk przypominający zepsuty czajnik. Jeśli zima za oknem wciąż istniała, to w tym pokoju właśnie nastąpiło globalne ocieplenie.

— A teraz... — Nataniel pochylił się jeszcze bliżej, tak że jego klatka piersiowa niemal przygniotła Tadeusza do biurka. — Skoro uzupełniliśmy poziom cukru... pokaż mi, jak sobie radzisz z tym równaniem. Tylko pamiętaj... używaj języka matematyki równie zręcznie.

Autorka w tym momencie musiała iść po wiatrak, bo groteskowy erotyzm tej sceny przekroczył jej najśmielsze oczekiwania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz