Zanim przejdziemy do dalszych, wysoce edukacyjnych wydarzeń w pokoju Tadeusza, Autorka czuje się w obowiązku wygłosić krótkie, acz ważne ogłoszenie parafialne. Otóż, drodzy Czytelnicy, jeśli ktokolwiek z Was kliknął w ten tekst z nadzieją, że faktycznie przygotuje się do matury z matematyki — Autorka radzi natychmiast zamknąć okno przeglądarki i przeprosić się ze starymi podręcznikami.
Bądźmy ze sobą szczerzy: Autorka sama
ledwo zdawała z tego przedmiotu, a jedyne ułamki, na jakich się zna, to ułamki
sekund, w których Nataniel zdejmuje z siebie kolejne warstwy ubrań. Nie
nauczycie się stąd absolutnie niczego pożytecznego. W tym opowiadaniu pitagoras
służy wyłącznie do określania kąta, pod jakim Nataniel pochyla się nad naszym
Głównym Bohaterem, a jedyne całki, jakie tu zobaczycie, to całkowite oddanie
Tadeusza w ręce (i ramiona) jego nowego korepetytora.
Skoro mamy to już z głowy, powróćmy do
miejsca zbrodni.
Mama Tadeusza zniknęła, pozostawiając po
sobie zapach jaśminowej herbaty i talerz kruchych ciasteczek w kształcie
rombów. Tadeusz wciąż leżał czołem na blacie biurka, modląc się, by ziemia się
rozstąpiła i pochłonęła go razem z jego kolekcją mang, ukrytą pod łóżkiem.
Ziemia jednak była głucha na błagania
Głównego Bohatera. Zamiast niej, odezwał się Nataniel.
— Tadeuszu. Otwórz buzię — mruknął
korepetytor, a jego głos wibrował tak nisko, że szklanka z herbatą na tacy
lekko zadrżała.
Tadeusz uniósł głowę z prędkością żółwia
z artretyzmem. Jego wielkie, morskie oczy (które Autorka pieczołowicie mu
wykreowała) napotkały spojrzenie Nataniela. Starszy mężczyzna siedział w
rozkroku na krześle obrotowym, trzymając w dwóch długich, rzeźbionych palcach
jedno z maminych ciasteczek.
— C-co? — wydukał Tadeusz.
— Matematyka to ogromny wysiłek dla
mózgu. Twoje synapsy potrzebują glukozy, żebyśmy mogli przejść do trudniejszych
i... twardszych zadań — wyjaśnił Nataniel z zabójczą powagą, choć kącik jego
ust drgnął niebezpiecznie. Przysunął ciasteczko do wydatnych, różowych warg
chłopaka. — No już. Aaam.
Tadeusz był zaprogramowany przez Autorkę
na uległość w sytuacjach kryzysowych. Zahipnotyzowany stalowym spojrzeniem
Nataniela, niczym uroczy, puszysty królik wpatrzony w kobrę okularnik,
posłusznie rozchylił usta.
Nataniel wsunął ciastko między jego
wargi. Zrobił to tak wolno, że w tle niemal dało się usłyszeć zmysłowy saksofon
(Autorka włączyła go zresztą na Spotify dla lepszego wczucia się w scenę).
Tadeusz zaczął żuć. Było kruche, maślane i miało na wierzchu odrobinę
truskawkowego dżemu.
Problem polegał na tym, że kropelka
owego dżemu nie trafiła do ust Tadeusza, lecz zatrzymała się na opuszku
wskazującego palca Nataniela.
Tadeusz, przeżuwając, działał na
czystym, zwierzęcym instynkcie głodu. Nawet nie rejestrując, co dokładnie robi,
wysunął swój uroczy, malinowy język i, chcąc zliznąć dżem, całkowicie
bezwiednie i z absolutną, porażającą niewinnością... oblizał palec swojego
korepetytora. Od samego opuszka, aż po zgięcie.
Zassał go lekko, po czym wypuścił z
cichym, mokrym plaśnięciem.
W pokoju zapadła cisza tak gęsta, że
można by ją ciąć maczetą. Saksofon w tle zamilkł, zdławiony własnym oburzeniem.
Nataniel zamarł. Jego wzrok powędrował
od swojego wilgotnego, błyszczącego w świetle lampki palca, prosto na różowe
usta Tadeusza. Złote iskry w jego szarych oczach momentalnie pociemniały,
zmieniając się w czarną, pożerającą otchłań (Autorka klasnęła w dłonie — ten
trop zawsze działa!).
Tadeusz, widząc to spojrzenie, wreszcie
przetworzył dane wejściowe. Zrozumiał, co przed chwilą zrobił jego język.
Jego twarz w ułamku sekundy przybrała
kolor buraka, potem cegły, a na koniec osiągnęła odcień zarezerwowany dla wozów
strażackich.
— Ja... ja... — Tadeo zaczął się jąkać,
desperacko wciskając się w oparcie fotela, jakby chciał wniknąć w tapicerkę. —
Dżem... Tam był dżem... na twoim...
— Palcu — dokończył Nataniel chrapliwie.
Powoli, nie odrywając wzroku od przerażonego chłopaka, uniósł ten sam wilgotny
palec do swoich własnych ust i zmysłowo zliznął z niego resztki śliny Tadeusza.
— Bardzo starannie czyścisz... wszystkie kąty, Tadeuszu. Zaczynam wierzyć, że
masz naturalny talent do trudnych zagadnień.
Tadeusz wydał z siebie dźwięk
przypominający zepsuty czajnik. Jeśli zima za oknem wciąż istniała, to w tym
pokoju właśnie nastąpiło globalne ocieplenie.
— A teraz... — Nataniel pochylił się
jeszcze bliżej, tak że jego klatka piersiowa niemal przygniotła Tadeusza do
biurka. — Skoro uzupełniliśmy poziom cukru... pokaż mi, jak sobie radzisz z tym
równaniem. Tylko pamiętaj... używaj języka matematyki równie zręcznie.
Autorka w tym momencie musiała iść po
wiatrak, bo groteskowy erotyzm tej sceny przekroczył jej najśmielsze
oczekiwania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz